wtorek, 4 grudnia 2012

Ciąża w USA


Jak już zapowiadałam wcześniej - dzisiaj krótki wyciąg porównawczy nad opieka nad ciążą, a później nad mamusią i dzieckiem w USA. Jest to wynik rozmów z koleżanką, która jest już drugim pokoleniem w Stanach - więc ma obywatelstwo, pracuje tam, płaci podatki, opłaca ubezpieczenie zdrowotne, i tak dalej w ten deseń - czyli jednym słowem jest przykładnym obywatelem. Z tego powodu jej opis może się różnić od opisów z forów internetowych, na których padają pytania o turystykę porodową (przy czym trzeba pamiętać, że linie lotnicze mogą nie wpuścić na pokład samolotu kobiety po 34-35 tc - mają do tego pełne prawo), czy o system zapomóg dla osób, które nie wykazują odpowiednich dochodów.

Jej opowieść o ciąży zaczęła się od zdziwienia, że w Polsce są wystawiane L4 na okres ciąży, w pełni płatne i że kobieta może przesiedzieć na nim praktycznie cały okres, do porodu. U nich generalnie nie ma zasiłku chorobowego - przynajmniej jeżeli chodzi o regulacje państwowe, odgórne - bo każdy stan, albo pracodawca, może ustanowić w tej kwestii jakieś formy wsparcia. Na chwilę obecną bodajże tylko 4 stany regulują tę kwestię w jakikolwiek sposób. Oczywiście tutaj muszę zaznaczyć, że z zazdrością stwierdziła, że z chęcią by skorzystała z takiego rozwiązania - przynajmniej dwa ostatnie tygodnie przed rozwiązaniem mogłaby odpocząć.

Druga kwestia dotyczyła powszechnej opieki nad ciężarną - oczywiście jeżeli chodzi o poziom to ta jest na "high level" - ładne kliniki, dużo sprzętu - ale USG są tylko 2 w ciąży, chyba że coś się dzieje złego... Tak ogólnie opieka i ilość rozmaitych badań zależą od posiadanego pakietu ubezpieczeniowego. Koszt - to najmarniej 1000 USD miesięcznie. Oczywiście jeżeli jakaś rodzina nie spełnia warunków dochodowych, to jest objęta systemem pomocy - ale to taka forma zapomogi, do korzystania z której Amerykanie nie będą się zbytnio przyznawać (to dla nich chyba jakaś forma "policzka" i jak przyznanie się, że korzystają z ciuchów z Red Cross - że nie są w stanie zapewnić sobie odpowiednich standardów). Tutaj rada dla osób, które rozważają wyjazd na np. stypendium, lub chcą się tam porodzić, popracować, etc. - trzeba uważać na rozróżnienie planów przez firmy ubezpieczeniowe - są ubezpieczenia (insurance), które obejmują daną osobę/osoby opieką i one są droższe; i są plany pomocy (health care) - te są tańsze, ale mają mocno ograniczony spis świadczeń i często wymagają dopłaty za daną usługę. Dodatkowo - ponieważ jest to element wolnorynkowy - firmy ubezpieczeniowe mogą odrzucić wniosek potencjalnego klienta (sic!).
I jeszcze jedna - ważna - uwaga. To już kierowana do rodziców. Po porodzie rodzice mogą przestać opłacać swoje ubezpieczenie, ale maluszek swoje musi mieć. Ponoć nie ma zlituj się,jest to bardzo przestrzegane i zwraca się na to szczególną uwagę - minimalny koszt to około 600 USD miesięcznie. I podobno zwraca się tam wielką uwagę na szczepienia - tzn. nikt rodziców do szczepienia dziecka nie zmusza, nie ma tam programów szczepień obowiązkowych jak w Polsce - ale jak nie szczepisz dziecka, to nie przyjmą go do żłobka, przedszkola, szkoły...

Trzecia kwestia, która wywołała zachwyt na twarzy koleżanki - to urlop macierzyński. Nasze - obecnie obowiązujące 20 tygodni + 4 dodatkowe - powaliły ją. Dlaczego? Ano dlatego, że w USA "macierzyński" po porodzie naturalnym wynosi 6 tygodni. Po cesarce - jako po operacji - jest wydłużany do 8 tygodni. I masz parę rozwiązań - albo oddajesz malucha do żłobka, albo wynajmujesz opiekunkę, au-pair, ściągasz rodzinę do pomocy, albo przestajesz pracować i zajmujesz się dzieckiem samodzielnie, opierając budżet domowy o męża/partnera. Oczywiście - tam się inaczej zarabia. Patrząc przez pryzmat polskich możliwości, to zostanie w domu z dzieckiem i oparcie się tylko na jednym dochodzie, to dalej bardzo dobra opcja. Ale jeżeli ktoś tam mieszka już długo, już wypracował jakiś standard życia - to taka opcja oznacza dla niego olbrzymi spadek jakości tej stopy życiowej  (trzeba pamiętać o tym, że Ameryka kredytem i na kredycie stoi). Więc w większych miastach normą są szybkie powroty mamuś do pracy.

I ostatnia czwarta rzecz, która z kolei u mnie wywołała zachwyt - przynajmniej do czasu... Żłobki i przedszkola do wyboru, do koloru, bez problemów z zapisem, z małymi grupami, dostępne już od drugiego miesiąca życia dziecka (no bo ichni "macierzyński" to max.8 tygodni). Cud miód dla mamusi, która chce/musi wrócić do pracy. Żłobki do wyboru, do koloru - polskie, żydowskie, muzyczne... I tutaj pojawia się "łyżeczka dziegciu" - koszt takiej "day care" (bo w Stanach mówi się o opiece dziennej) to od 150 do 500 USD tygodniowo. Nie ma tam opieki dziennej nad maluchem państwowej. Państwowość ogranicza się tylko do ewentualnego wydania licencji - wtedy takie ośrodki są droższe. 

Przyszła mi do głowy puenta - cudze chwalicie, swojego nie znacie. Nie jestem super szczęśliwa z rozwiązań, które mamy w Polsce, w Warszawie - ale tutaj mieszkam i korzystam z pewnych wzorców kulturowych, i stwierdzam, że wcale nie są one takie złe... Nie muszę się bić z firma ubezpieczeniową o uznanie świadczeń zdrowotnych; w szpitalu KTG mam niemal od ręki (oczywiście po odczekaniu do swojej kolejki), bez sprawdzania jaki typ ubezpieczenia posiadam; z maluszkiem będę mogła pobyć do pół roku w domu, patrząc jak rośnie i się rozwija... Jednak nie jest u nas tak najgorzej...





2 komentarze:

  1. zapraszam do mniehttps://florydauchwyconechwile.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń